Grzegorz Napieralski: Dałem się rozgrywać kolegom z SLD

Zobacz więcej na: http://www.rp.pl/Polityka/307059891-Grzegorz-Napieralski-Dalem-sie-rozgrywac-kolegom-z-SLD.html Rzeczpospolita

Grzegorz Napieralski: Dałem się rozgrywać kolegom z SLD
SLD zaszkodziła decyzja o wysłaniu wojsk do Iraku, a także odebranie zniżek studentom oraz dotacji do barów mlecznych. Nikt z kierownictwa nie potrafił naszym zwolennikom wyjaśnić, dlaczego partia lewicowa zabiera pieniądze ludziom najbiedniejszym - uważa Grzegorz Napieralski, były przewodniczący SLD, obecnie senator niezrzeszony.


Plus Minus: Pan i Wojciech Olejniczak byliście bohaterami najsłynniejszej wojny młodego pokolenia na lewicy. Warto było?

Grzegorz Napieralski: Nie warto. Trzeba było zagryźć zęby i szukać innej drogi, niż się ścierać. Nasz konflikt dotyczył sposobu prowadzenia partii. Mój pomysł był taki, żeby umocnić pozycję Sojuszu Lewicy Demokratycznej i wokół niego konsolidować inne środowiska. Wojciech chciał doklejać do koalicji Lewica i Demokraci kolejne formacje, nawet niezwiązane z lewicą, żeby pokazać, że mamy zdolność koalicyjną. Dziś uważam, że obie te koncepcje mogły swobodnie funkcjonować obok siebie. I gdybyśmy nie dawali się podpuszczać starszym kolegom, to wcale nie musiało dojść do konfliktu.

A więc dawaliście się podpuszczać?

Oczywiście, że tak. W 2005 r., kiedy objęliśmy z Wojtkiem rządy w SLD, wszyscy mieli przerażenie w oczach i gotowi byli zrobić wiele, żeby tylko młode kierownictwo uratowało ich przed unicestwieniem. Przecież groziło nam, że Sojusz w ogóle nie wejdzie do Sejmu. Nasze notowania oscylowały wokół 4–5 proc. Atmosfera była paskudna. Co chwilę wychodziła na jaw nowa afera, aresztowano jakiegoś działacza, zabierano immunitety naszym politykom. Na dodatek przed wyborami parlamentarnymi nasz kandydat Włodzimierz Cimoszewicz wycofał się z walki o prezydenturę. Katastrofa goniła katastrofę. Ale kiedy weszliśmy do Sejmu i kurz bitewny opadł, nasi starsi koledzy i koleżanki uznali, że najważniejszą pracę wykonaliśmy i powoli trzeba zacząć przygotowywać własny powrót.

Tak po prostu?

Tak mi się wydaje. Byliśmy wtedy bardzo młodymi politykami, mieliśmy po 31 lat, a nasi koledzy to były stare polityczne wygi.

Może i wygi, ale to za ich rządów doszło do degrengolady SLD. Co pana zdaniem było bezpośrednią przyczyną ostrego zjazdu w dół waszej partii w latach 2001–2005?

Przyczyn było kilka. Po pierwsze od początku lat 90. cały czas gremia decyzyjne były opanowane przez te same osoby. Ci, którzy byli ministrami w rządach 1993–1997, weszli do rządu Leszka Millera w 2001 r. Nie dopuszczono do awansu młodszej generacji polityków, którzy być może podejmowaliby inne decyzje. Drugi problem to taki, że całe kierownictwo partii poszło do rządu. Nie było nikogo, kto by się zajął komunikacją wewnętrzną i tłumaczeniem ludziom, co się dzieje w kraju i dlaczego.

Co niepokoiło działaczy?

Pamiętam burzliwą dyskusję w sprawie wysłania wojsk do Iraku. Nasi działacze byli wzburzeni tym pomysłem, a nie było nikogo, kto by im wyjaśnił, dlaczego nasz rząd podjął taką decyzję. Później pojawiły się błędy wynikające z bieżącej pracy rządowej, chodzi mi np. o odebranie zniżek kolejowych studentom czy obcięcie dotacji do barów mlecznych pod pretekstem, że stołują się w nich także zamożni ludzie. Nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego partia lewicowa zabiera pieniądze studentom i ludziom najbiedniejszym, bo bary bez dotacji upadły. Te decyzje wywołały spustoszenie w elektoracie. Przegraliśmy wybory samorządowe, potraciliśmy prezydentów dużych miast i zaczęły się wzajemne oskarżenia. Premier Leszek Miller zaczął się bardziej skupiać na walkach wewnętrznych niż na rządzeniu. Wszystko to nas nieustająco osłabiało.

Kto wymyślił waszą dwójkę na czele SLD?

Tego nie wiem, ale sekwencja zdarzeń była następująca – w 2004 r. Bogusław Liberadzki zdobył mandat do europarlamentu. Byłem odpowiedzialny za jego kampanię i uważałem, że poprowadziliśmy ją znakomicie. Złośliwi mówili, że się postarałem, aby wejść na jego miejsce do Sejmu. Rzeczywiście byłem pierwszy w kolejce do objęcia mandatu po nim, ale miałem dobrą pracę, byłem radnym, miałem ustabilizowaną sytuację. Przyjęcie mandatu było ryzykowne, bo przecież rok później mogliśmy w ogóle nie wejść do Sejmu. Ale objąłem mandat i szybko zostałem zauważony – gdy zabrałem głos, broniąc Włodzimierza Cimoszewicza w kampanii. Po tym wystąpieniu zostałem wiceprzewodniczącym SLD i byłem chyba jedynym z naszego pokolenia we władzach partii. Krótko po moim awansie do władz partii Jacek Piechota zaproponował, żebym rozważył objęcie stanowiska sekretarza generalnego SLD, gdyby liderem partii został Wojtek Olejniczak.

Czyli to było wymyślone, że występujecie w pakiecie.

Tak. Kontrkandydatem Wojciecha był Marek Dyduch, który nie miał nikogo konkretnego na sekretarza generalnego. A tu chodziło o to, żeby pokazać, że my obejmujemy funkcje i przystępujemy z marszu do pracy, bo zbliżała się kampania wyborcza. Dla Wojciecha i dla mnie to była kampania o wszystko. Wymyśliliśmy, że musimy pokazać, iż jesteśmy spadkobiercami SLD, ale w zupełnie innym stylu. Chociażby dlatego, że z racji wieku nie musieliśmy składać oświadczenia lustracyjnego. Przykładowo podpisaliśmy się pod postulatami Solidarności z Sierpnia '80, żeby pokazać, iż one są w pewien sposób ciągle aktualne, niezależnie od odmiennego kontekstu historycznego i przesycone lewicowym myśleniem o państwie. Prawica była wściekła. Przez dwa tygodnie mówiono, jak my z SLD mamy czelność wykorzystywać postulaty Solidarności, co świadczyło, że nie są już przez nikogo czytane. O ten efekt chodziło.

Tamta kampania była nastawiona na promowanie Olejniczaka. Nie doskwierało to panu?

Mnie nie. Rozumiałem, że musimy wypromować nowego lidera. Byłem sceptycznie nastawiony tylko do projektu „telefon do domu". Wojciech nagrał taki tekst: „Dzień dobry, nazywam się Wojciech Olejniczak, jestem nowym liderem SLD, chcę zmieniać Polskę itd.". I takie nagranie miało być puszczane przez telefon... Tak czy inaczej wybory poszły nam nieźle, a kolejne do samorządów jeszcze lepiej. Zdobyliśmy ok. 15 proc. głosów i wróciła nam wiara, że SLD coś znaczy.

I akurat wtedy postanowiliście się pozbyć z partii Leszka Millera i Józefa Oleksego?

W tej sprawie też się z Wojtkiem nie zgadzałem. Uważałem, że nie powinniśmy pozbywać się byłych premierów, bo to nierozsądne i niesprawiedliwe. No bo dlaczego akurat oni mieli odejść, a inni członkowie, którzy zasiadali w tych samych rządach, mogli zostać?

Co mówił Olejniczak?

Że to będzie dobre dla wizerunku SLD, bo wokół Leszka Millera jest zbyt wiele złych emocji. Z kolei Oleksy po słynnych taśmach Aleksandra Gudzowatego też miał złą prasę. Uważałem, że nie należy się tym przejmować, ale Wojciech miał inną opinię. Być może dlatego, że po wyborach samorządowych sondaże wróciły do poziomu 7–8 proc. Moim zdaniem notowania siadły, bo za mało budowaliśmy własną tożsamość, a za bardzo rozmywaliśmy się w innych środowiskach. Tymczasem Jarosław Kaczyński zaczął nam zabierać socjalny elektorat, a z drugiej strony Donald Tusk poszerzał PO, bo już się zorientował, że to jest jego jedyna szansa na zwycięstwo. A my nie potrafiliśmy się odnaleźć w tej sytuacji.


STRONA SENATU RP

POLECAM

CIEKAWE